Obecność 2. Ostatni horror w moim życiu

0

Jeszcze kilka lat temu uwielbiałam oglądać horrory. Pławiłam się w strachu i czerpałam ogromną przyjemność z odczuwania strachu na sali kinowej. Bałam się, ale jednocześnie świetnie bawiłam, oglądając na przykład Klątwę. Potem okazało się, że każdy seans z duchami w roli głównej wywołuje u mnie tak straszny lęk, że odpuściłam. Zostałam przy typowych slasherach, ale dałam sobie spokój ze wszystkim co paranormalne. Do czasu. A w zasadzie do filmu Obecność 2.

Obecność 2

W dniu premiery (albo dzień później) siedziałam w pracy, kiedy doszły mnie słuchy, że w Indiach na sali kinowej podczas seansu jakiś mężczyzna miał zawał. Wywołało to oczywiście dyskusję na temat wszelkiej maści horrorów. Bo – żeby nie było – ja nadal horrory lubię, ale takie, w których jest „zwykły” morderca, który z dziwnym uwielbieniem znęca się nad biednymi, przypadkowymi (no, powiedzmy) ludźmi. Wymienialiśmy się doświadczeniami i tak od słowa do słowa doszliśmy do tego, że może czas się przełamać i pójść pooglądać duchy w kinie. I to był mój błąd. Bardzo duży błąd.

Obecni na Obecności 2

Koniec końców do kina poszłyśmy we dwie. W środku dnia. O 15. Bo wiecie. Po zakończeniu seansu musiało być jeszcze jasno. Nie pomyślałyśmy tylko o tym, że na taką godzinę do kina nie chadzają normalni ludzie. Jesteśmy tego żywym przykładem. I w ten sposób na sali kinowej było (razem z nami) sześć osób. Dwie nastolatki, które nawijały przez cały seans (podejrzewam, że to po prostu reakcja obronna organizmu) gadały i świeciły telefonami w najmniej odpowiednich momentach (zapewne relacjonowały swoją wizytę w tym przybytku niewysokiej kultury na Snapchacie). Mężczyzna w średnim wieku, który zachowywał się w miarę normalnie. I jeszcze jeden mężczyzna, z którym ewidentnie było coś nie tak. Machał rękoma i wydawał z siebie dziwne dźwięki. Było to bardzo niepokojące.

Zanim przejdę jeszcze do samego filmu. Mam krótką „anegdotkę”. Siedzimy sobie w trakcie seansu. Spanikowane. Zmęczone. Spragnione napisów końcowych. Nagle wibruje telefon. Zerkam. A tam push – „strzelanina na sali kinowej”. Wyobraźcie sobie nasze zdziwienie. Przyznam, że przez chwilę serce zabiło mi naprawdę mocno. Koniec anegdotki.

Obecność 2 – coś ode mnie

Przede wszystkim to kontynuacja. Podobno była jakaś pierwsza część, ale ja jej nie widziałam. I nie chcę jej widzieć (żeby była jasność). Z tego, co mi wiadomo, opowiadała podobnie jak część druga o małżeństwie Warrenów, czyli specjalistów od nawiedzeń. Na początku kontynuacji zostajemy wprowadzeni w klimat i dowiadujemy się kilku ciekawostek z ich życia. Także nie poczujecie się zagubieni. Chyba że z powodu naprawdę namacalnej grozy wyciekającej z ekranu już od pierwszych scen. Ja po pierwszych 10 minutach miałam już dość. Zaczął się mój maraton zawałów serca. Gdybym była sama (a nie byłam i – co więcej – nigdy nie poszłabym na taki film bez emocjonalnego wsparcia), to po prostu wyszłabym z sali. A potem niestety jest jeszcze gorzej.

Krótko o historii?

Samotna matka wychowuje czwórkę dzieci. Są biedni i mają stary, zapyziały dom, który aż prosi się o remont. A w zasadzie o zburzenie i wybudowanie od początku. Na marginesie – do tej pory nie potrafię zrozumieć, dlaczego pod domem było aż tyle wody. Niestety mimo całkiem nieciekawego życia, jedno z dzieci – 11-latka – wpada na wybitnie durny pomysł zabawy z tablicą Ouija. Ona chyba nigdy nie oglądała horroru. I, jak sami rozumiecie, zaczyna się piekło. W domu dzieją się dziwne rzeczy, a dziewczynka powoli staje się cieniem samej siebie. Nie pomaga policja, a zrozpaczona matka przyjmuje ofertę pomocy pogromców duchów, czyli państwa Warrenów.

Potem przez kolejne minuty jesteśmy co chwilę straszeni wyskakującymi znienacka duchami, pojawiającymi się gdzieś w kącie zjawami i generalnie nie dają nam spokoju do samego końca. Nawet w trakcie napisów końcowych. Nie ma tu co prawda nic odkrywczego. Nie ma żadnego zabiegu, którego nie znamy z innych filmów o nawiedzonych dziewczynkach i ich domach. Ale mimo wszystko jest to na tyle dobrze zrobione, że ja przez połowę filmy miałam oczy zasłonięte dłonią (uwielbiam oglądać film między palcami…). Inna sprawa, że jak już zobaczymy to, czego tak bardzo nie chcieliśmy zobaczyć, robi się stanowczo spokojniej. Niemniej Obecność 2 dała mi mocny wycisk, a o fabule więcej pisać nie będę, żeby nie psuć Wam „radości” z seansu.

Niech wystarczy Wam opis z Filmwebu:

Lorraine i Ed Warren udają się do północnej części Londynu, aby pomóc samotnej matce wychowującej czwórkę dzieci, której dom jest nawiedzany przez złośliwe duchy.

Co mnie najbardziej w tym filmie urzekło? Chwile spokoju. Te momenty, kiedy nic na mnie nie wyskakiwało. Sytuacje, kiedy poznawałam historię państwa Warrenów. Ich życie i spojrzenie na świat.

Jestem bardzo ciekawa, czy oglądaliście ten film. A może dopiero zamierzacie się na niego wybrać? Ja już wiem, że to był najprawdopodobniej ostatni horror o duchach na długi czas, a może nawet na całe życie. Wiem, że to już nie na moje zszargane nerwy.

Czy polecam?

  • Liczba podskoczeń w fotelu 8
  • Czas, jaki zasłaniałam oczy 5
  • Nowatorskie podejście do straszenia 6
  • Gra aktorska 7
  • Efekty specjalne 8
  • Muzyka 8
  • User Ratings (0 Votes) 0
    Your Rating:
Summary

Każdy, kto nie szuka całkowitej odmiany w kinie grozy, nie szuka nowatorskich rozwiązań, ale chce się bać i co najmniej kilka razy podskoczyć w fotelu, powinien obejrzeć ten film.

7.0 Strach się bać