ShinyBox październik 2015
Obudził mnie dziś rano (jeżeli godz. 10:30 można nazwać porankiem…) domofon. Zwlokłam się z łóżka, okryłam szlafrokiem, przeczesałam włosy i z uśmiechem na twarzy odebrałam wyczekiwaną paczkę. W środku był oczywiście ShinyBox. Pudełko już na samym początku wydało mi się podejrzane, bo było bardzo (BARDZO!) lekkie. Ale nic – powiedziałam sobie. Zdarza się przecież, że w środku jest dosłownie kilka małych produktów, a cieszą jak nigdy. Zrobiłam sobie dzbanek kawy i zabrałam się za rozpakowywanie.

Pierwsze rozczarowanie

Mój wzrok od razu powędrował do dwóch miniaturek z L’Occitane – szamponu i odżywki werbenowej. Tak, tak – uwielbiam ten zapach, ale – na Boga – produkty z tej linii przewinęły się przez pudełka już naprawdę wielokrotnie. Ile można? Naprawdę tego nie rozumiem. To był pierwszy minus… Potem zauważyłam krem do biustu z Clareny. Się załamałam. Też już go widziałam. Co prawda chyba w Glossy, ale kompletnie się nie sprawdził. Nic nie robi. W ogóle.

Kolorowa radość

Pomyślałam sobie w tym momencie, że teraz to już musi być lepiej. I na szczęście było. Sięgnęłam po kredkę do oczu. Moja pierwsza myśl – kolejna czarna kredka do kolekcji. No żesz. Chwila. Moment. Przyglądam się, otwieram, maziam po dłoni i… olśnienie! To jednak piękna czekolada! Uf. Kamień spadł mi z serca. Kredka zapowiada się naprawdę dobrze – kolor śliczny, idealnie jesienny. Kredka jest mięciutka, więc jest szansa, że się sprawdzi. Zobaczymy. Jest nadzieja. Idę więc dalej.
Coś sporo kolorówki w tym pudełku. Biorę tusz do rzęs. Hmm. Pogrubiająca nowość z Wibo. Lubię ich tusze. Pojawia się jednak często powracające pytanie – czy tusz za 8 zł powinien znajdować się w takich pudełkach. Nie będę się jednak czepiać. Dam mu szansę. Tuż obok leży coś na kształt różo-bronzera. Paczam. Diadem. Firmy nie znam. Otwieram. Miziam po dłoni. Daje radę. Fajny, delikatny bronzer. Okazuje się jednak, że to róż rozświetlający. Hm. No chyba nie. W sieci ma dobre opinie, więc się nie zniechęcam. Nakładam na twarz. WOW. Efekt jest lepiej niż dobry. Delikatna, lekko rozświetlona jasnobrązowa tafla. Jest bosko. Daje mu dychę. I nie czepiam się nawet tego, że w sklepie kosztuje 14 zł. Po prostu go kupcie.
Na koniec zostawiłam sobie (mam nadzieję) perełkę, czyli roll-on pod oczy z Delii. Opinie ma całkiem dobre, a mój krem pod oczy jest już na wykończeniu. Jakiegoś roll-ona chciałam już spróbować od dawna, ale nie było okazji. Będzie szansa.

Czyli jak?

Podsumowując. Gdyby nie L’Occitane i Clarena to pudełko byłoby po prostu genialne. Niestety zawsze musi pojawić się coś, co skutecznie popsuje mi humor. Na szczęście reszta trzyma poziom, a wbrew pozorom dzięki stosunkowo niskim cenom (no, poza kredką, która kosztuje 75 zł o.O) daje nadzieję na tanie zakupy w przyszłości.
PS. Przepraszam za słabe zdjęcie, ale niestety słońca dzisiaj brak…
A Wam jak się podoba to pudełko? Trafiłyście na jakieś inne produkty?

komentarze 3

  1. Delia, Wibo, Diadem…Rzeczy za grosze dostępne w osiedlowej drogerii. To się chyba mija z ideą boxa. Ja byłabym rozczarowana…

Napisz komentarz